piątek, 14 kwietnia 2017

Studnia obfitości; część pierwsza - seria mroczny piątek

     Witam ponownie w piątkowy wieczór. Wielu z Was przygotowuje się do świętowania, ale trzeba przecież odetchnąć czasem i poczytać co nieco. Dzisiaj niestety nie mam dostępu do komputera, piszę więc korzystając ze smart fona. Nie wiem co wyniknie z tego wszystkiego. Ale, kto nie próbuje, ten nie wie, prawda?
     Znów zapraszam Was byście rozsiedli się wygodnie przy moim piecyku kaflowym. Ogrzejcie się, bo w naszej kochanej Polsce nadal zimno, wieje i pada. Pogoda na razie nie skłania ku temu, aby zmienić wieczorną scenerię opowieści. Jeśli ktoś akurat przebywa w słonecznej Hiszpanii, niech zanurzy nogi w wodzie i słucha szumu fal, czytając moją kolejną mroczną piątkową opowieść. Zaczynamy więc!

Studnia obfitości



    Starucha rozsiadła się przy ognisku. Dołożyła kilka szczep olchy, przegoniła kocura z kolan i wpatrzyła się głęboko w płomienie. Pomyślała o swym losie. Była zawsze dobrą kobietą, do tego bogatą, ładną. Miała kiedyś męża, zarabiał na nią i dzieci jako prezes spółdzielni mleczarskiej. Był pracowity aż za bardzo, bo zmarł zbyt szybko.
     Nie potrafiła ogarnąć wszystkiego. Dzieci porosły, wyprowadziły się z domu. Na początku, krótko po pogrzebie ojca pomagały jej. Gdy otrzymały majątki, obiecały miłość, opiekę. Miała wtedy zaledwie 65 lat. Nagle znienacka, tak od razu jedyny syn i córka wyjechali za granicę. Dom sprzedali razem, mieszkanie w centrum miasta sprzedali także. Została bez niczego. Wszystko zapisała dzieciom w dobrej wierze. Minęło może sześć lat i wszystko się zmieniło, tak nagle... Kocha ich. Wie, że każdy popełnia błędy. Gdy pisała, dzwoniła, nie chcieli już rozmawiać. Twierdzili, że się strasznie gniewają. O co się gniewać, jeśli matka Was chowała z ojcem, dbała, kochała? Nie wie do tej pory.
     Znów dorzuciła drewna w ogień. Płomienie przygasły, iskry uniosły się w górę. Przyjdźcie moce piekielne, wołam Was diabły rogate, demony nocy, pomyślała. Nie wypowiadając głośno przekleństw, wyobraziła sobie je w głowie, wizualizując swój ból i gniew. Nic się nie działo niestety. Dziwne... Długo coś nic się nie dzieje, żadna istota nie przemawia, nie ukazuje się w płomieniach. Może pora nie ta?
     Gdy została sama bez majątku, bez dochodów, bez kontaktu z obrażonymi dziećmi, nagle okazało się, że nie ma gdzie mieszkać. Majątek przejął inny właściciel, komornik wygnał ją jak psa, korzystając z pomocy niby harcerskich policjantów. Nikt nie martwił się wtedy starą i chorą kobietą. Ważne były pieniądze, nieruchomości i korzyści, jakie każdy z nich osiągnie. Kurwa, jak ją to zabolało!. Nikt nie pochylił się nad tym, że udzielała się dla dzieci w gminie, że pomagała przez całe życie finansując z mężem szkołę, kupując dla dzieci materiały potrzebne do nauki, takie jak pisaki, bloki rysunkowe, zeszyty i filiżanki dla nauczycielek. Mimo, że mieli swoje wydatki, chcieli zapewnić dobry byt swoim dzieciom, to jeszcze pomagali innym. Teraz za mordę i na ulicę! Jak to bolało! Gorzej, niż dwa porody, niż złamanie nogi w kolanie, niż upadek z drabiny.
     Sąsiadki użalały się nad nią. Nawet zaproponowano jej nocleg na kilka dni. Niestety okazało się, że nie ma kontaktu z bogatymi już dziećmi, żadnego zabezpieczenia, że nie ma z niej korzyści, więc została grzecznie wyproszona. Tułała się po okolicznych klatkach schodowych. Jak bolało, że znają ją tam ludzie. Później były śmietniki, ośrodki dla bezdomnych. Zaczęła pić z koleżankami mocne i tanie alkohole. Żebrała przy sklepach, marketach, miała wciąż brudne majtki, śmierdziała, bo nie miała się gdzie wykąpać. Kiedyś kąpała się codziennie.... Ludzie na ulicy, czy na dworcu wytykali ją palcem, łapali się za nosy. Nie było jej nigdy miło, ale cóż mogła zrobić? W tym wieku do pracy nie chcieli, nie miała głowy do tego zresztą, bo wciąż mąż starał się dla całej rodziny. Dbał o nią i dzieci, głównie o nie, by wyrosły na mądrych, wykształconych i dobrych ludzi. Gdzieś się nie udało. Coś nie wyszło niestety.
     Odezwał się demon. Zaryczał głośno z płomieni ogniska. Dorzuciła szczepy olchy, rozgrzebała żar. Zrobiło się przyjemnie. Wołała do niego w myślach. Napraw tę rodzinę! Demon wiedział o co chodzi. Jak ci na imię?- zapytała. Odpowiedział, że topich. Wiedziała czego się po nim spodziewać. Czemu taki mały diabełek ją teraz odwiedził? Nie wiedziała. Nie chciała znać konsekwencji kontaktu z nim w tej sprawie. Chciała tylko, by ratował rodzinę, którą miała na myśli, by ratował tę kobietę przed tym, co spotkało ją  samą przez ostatnią dekadę.
     Gdy trafiła po tym, jak ośrodek opiekuńczy dla bezdomnych wygnał ją za chlanie do wioski, w której znalazła opuszczoną chałupę, zrujnowaną przez wiatry, deszcze i mrozy, to w końcu doznała bezinteresownej pomocy kilku osób. Głównie pomogli jej młodzi ludzie; małżeństwo bezdzietne. Pokochała tą małą rodzinę. Jednak, gdy urodziło się im dziecko, piękny i mądry synek, to w momencie kiedy została zaproszona przez nich na jego urodzinowe przyjęcie, poczuła ogromne obawy. Były to obawy o przyszłość rodziców. O przyszłość tych ludzi, którzy pomogli jej stanąć na nogi, pomogli jej odbudować dach w chatce z drewna w lesie, pomogli zdobyć jedzenie, pomogli zebrać olchę i inne drewno do ogniska. Chcieli wychować dziecko na dobrego człowieka, ale ona wiedziała! Czuła, że im to nie wyjdzie. Czuła, że matka straci wiele za to, że urodziła dziecko. Czuła jej ból, gdy mąż stanie się chory, a dziecko znajdzie sobie na nich korzyści. Nie wiedziała skąd to przeczucie się brało. Nie wiedziała skąd ta intuicja płynęła. nie znała źródła tego bólu. Wiedziała, że musi im pomóc. pomóc tym ludziom, którzy jej pomagali bezinteresownie. Dlatego wezwała demony....
    Demon przekazał jej wiedzę. Kazał włożyć dłonie w płomienie. Polecił się sparzyć, by wiedza ogarnęła ją niczym żar z ogniska. Doświadczyła mądrości. Przekaże ją teraz im na spotkaniu urodzinowym. Niestety... Czuła pewną obawę, że może to być zwykła klątwa, ale przecież nie była ich rodziną, nie tworzyli ze sobą żadnej wspólnoty. Powie im, bo po cóż mają czekać niecierpliwie. Powie i odejdzie gdzieś dalej. Zostawi tę wieś. Porzuci chatę i da sobie radę, jak dawała do tej pory.
    Nadszedł ten dzień. Wyczekiwała go, jak dnia urodzin swego syna. Ubrała się ładnie. Umyła się w studni sąsiadów. Lała na siebie wiadro wody, myła brud gąbką z mydłem, płukała znów wiadrem wody. Naga, stara, pomarszczona i obrzydliwa starucha. Założyła na tę okoliczność suknię otrzymaną od sąsiadki, mieszkającej za lasem. Trochę, jakby się jej tu bali, ale  ufali jeśli chodziło o wróżby. Udawało się jej dzięki demonom czytać z ich przyszłości. Swojej nie znała. Demony nie chciały mówić, bo miała z nimi układ, że pożyje jeszcze 15 lat bez chorób.
      Przyszła z kwiatami. Zerwała tulipany ze swego ogrodu. Osiemnaście kwiatów, trzy razy po sześć. Sześć żółtych, sześć czerwonych i kolejne różowe. Przyniosła je z radością. Smutek skrywała w swym sercu, bo wiedziała, że musi wypowiedzieć straszną wróżbę. Nie wiedziała, jak przyjmą to rodzice niedawno narodzonego dziecka. Demon dyktował warunki. Znała cenę....
      Impreza była wesoła. Muzyka, młodzi ludzie, wesołe babcie, radośni rodzice. Dziecko w nosidełku radośnie machało rączkami. Fajnie było. Pamiętała tego typu sytuacje ze swego życia. Ach jakże bolało ją serce, gdy widziała radość tych osób. 
        Podeszła w końcu i ona; poproszona do składania życzeń. Wypowiedziała, że dziecko jest piękne, miły chłopiec, ale niestety musiała wypowiedzieć te słowa, które włożył jej  w usta demon. Rzekła więc ze smutkiem w oczach: Ten chłopiec gdy skończy pięć lat, stanie się ofiarą topielca! Zginie zabity przez topicha, choćby nie wiem co!  
       Uciekła wtedy. Wszyscy jakby chcieli ją zarąbać, tak na nią patrzyli. Jak na wariatkę. Uciekła biegiem, ile sił miała - biegła do lasu i stamtąd dalej do swego kolejnego jestestwa. Pozostawiła rodzinę małego Wojtusia w niepewności o jego dalszy los.

👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍 Ciąg dalszy nastąpi....

     Piątek wieczór zaczyna się teraz zbliżać. Ja już piszę i piszę dla Was kochani. Wy przy piecu kaflowym ogrzani na sobotę, więc nie ma co Was męczyć dalej opowieścią. Zapraszam więc na kolejną część w następny piątek, bo wtedy mrok opowie Wam, co się mogło wydarzyć. Dzisiaj odpocznijcie,a ja z Wami. Poczekajcie na kolejny wątek tej opowieści, może Was czymś zaskoczę, a może nie, nie wiem kochani. Wszystko zależy od wyobraźni...
    
     

2 komentarze:

  1. O, dłuższa opowieść niż zwykle i jeszcze będzie dalej.
    Moja babcia ma jeszcze piec kaflowy. Chyba bym nie chciała się znaleźć POD nim :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za trafne spostrzeżenie. Też bym nie chciał tak szczerze być pod tym piecem. Ale co wam szkodzi?

    OdpowiedzUsuń