sobota, 22 kwietnia 2017

Studnia obfitości; część ostatnia - seria mroczny piątek

     Bez wstępu, bo nie warto. Bez wprowadzenia, bo nikt nie potrzebuje. Bez zapowiedzi i bez piątku. Zapraszam do czytania kolejnej części opowieści z serii mroczny piątek. Łamię zasady, bo zasady bolą... Pierwszy odcinek znajdziecie tutaj:

studnia obfitości

     Bartek wracał dzisiaj z pracy. Długo w domu go nie było. Minęły aż trzy miesiące, kiedy ostatnio zawitał na zaledwie tydzień do domu. Nienawidził powrotów. Wolał być już w pracy, mieszkać tam za granicą, niż wracać na tydzień do rodziny. Zawsze wtedy dochodziło do kłótni małżeńskich. 
     W obcym kraju wiedział, że żyje. To nic, że mieszkał wspólnie z innym mężczyzną, że nie miał kobiety, tylko sam sobie w łazience pomagał rozładowywać napięcie. To nic, że mieszkał w obskurnym mieszkaniu z grzybem na ścianach i miał wspólną kuchnię, łazie nkę, lodówkę, kuchenkę, zlew, korytarz, śmietnik i inne takie z lokatorem o imieniu Tadzik, który nawet wąsa nie miał. To nic! Ważne było to, że w swoim kraju miał postawiony dom o powierzchni 300 metrów kwadratowych, wypasione autko służące do wyjazdów na wycieczki oraz rodzinkę, której niczego nie brakowało. Mogli się ładnie stroić tam w kraju, jeść wszystko, robić miłe rzeczy. Wszyscy im mogli tylko pozazdrościć. 
      Jechał po ciężkich trzech miesiącach polegających tylko na pracy, spaniu i jjedzeniu kilku parówek przeważnie między flakami z chlebem oraz wypiciu kilku piw wieczorem, żeby mięśnie nie bolały przed snem. Wracał kilkanaście godzin bez spania, po całym dniu pracy. Dzisiaj był kierowcą . W aucie siedzieli pasażerowie, którzy okazjonalnie zabrali się z nim do domu. Chlali piwska. Musiał wciąż zatrzymywać się do ich siku, ale najgorsze było to, że musiał słuchać ich pierdolenia. Wolał słuchać swojej muzyki, ale przez dobre wychowanie wciąż ściszał, bo gadali do niego, albo prosili, by ściszył, bo nie rozumieli siebie, jak im się w deklach jebało od chlania piwska.
     W końcu wrócił. Ona jak zawsze piękna. Jak zawsze pachnąca i lśniąca urodą tak samo. Niby zmieniła się po dwudziestu latach małżeństwa, jednak wciąż miała w sobie tą magię, to co pociągało go jak łańcuch byka do obory. Nie mógł się oprzeć jej urokowi, który niby zanikał od dziesięciu lat, ale wciąż brał go w swe czary i mary. Ogarniała go magia....
     Dbał, by miała wszystko, by dziecko mogło ubrać się porządnie, by mieszkać w ładnym domku, być szanowanym sąsiadem, by nie było kłopotów, jak kiedyś, gdy pracował za stawkę cztery razy mniejszą w kraju i nie starczało na bułki z szynką, bo pasztetowa była tańsza i chleb składał się  tańszych kawałków. Waliło go to, że sąsiad zapierdalał na budowie od rana do wieczora, żeby mieć opłacone rachunki, żarcie na normalnym poziomie i od czasu do czasu mógł wychlać browara z bólem kręgosłupa. Sąsiad był tylko sąsiadem i nie wiedział, jak on musi się starać, żeby było w domu dobrze. Był na miejscu, nie musiał wracać jak pies do domu po długiej nieobecności. Miał żonkę codziennie w łóżku. Mógł przytulić ciało, a on? Co miał kurwa przytulić? Pierdoloną śmierdzącą poduszkę. Śmierdząca albo proszkiem do prania, albo potem... W zależności, czy się umył, czy uprał pościel.
      Wiedział, że ma wszystko, czego dusza zapragnie, gdy wracał do domu. Miał czysto, wszystko nowe, piękne. Podwórko było zadbane, drzewka rosły, trawnik piękniał. Altanka na środku, obok ognisko, plac zabaw dla synka. Marcinek właśnie kończył pięć lat, dlatego Bartek wrócił. Urodziny synka rzecz święta. Nie ma nic ponad rodzinę. 
      Zamówił będąc jeszcze w pracy studnię do ogrodu. Kopali podobno trzy dni, żeby znaleźć źródło. W końcu się udało! Studnia wykopana. Teraz postawili na dniach taką, jaką kiedyś mieli ludzie na wsi, z wiadrem wyciąganym łańcuchem z głębin, z klapą. Ładna sprawa! Nikt na wsi takiej teraz nie ma. Wszyscy używają wody miejskiej, a jak ktoś korzysta z własnej studni, to zaraz łapie się za hydrofor. On ma swoją własną studnię. Wiedział, że to piękne, że przeszłość będzie miała przyszłość.
     Wojtuś ładnie wyrósł przez te pięć lat. Stał się wysokim chłopcem. Wyższy niż ojciec będzie, kiedy dorośnie. Fajnie! Bawili się razem przez cały następny dzień. Kopali piłkę, rozmawiali, uczyli się czytać, liczyć. Nawiązywała się z powrotem więź. Wojtuś rzadko go widywał, ale wiedział, że jest tatą, że tata to ten facet, który jest potrzebny każdemu synkowi. Wiedział, że każdy z przedszkolaków w jego grupie miał ojca przy sobie chociaż w niedzielę albo wieczorem, a on tylko raz na trzy miesiące przez tydzień. Nie mieli dobrego kontaktu.... Starali się obaj, ale nie wychodziło....Bartka wkurwiało, że syn krzywo kopie piłkę, a Wojtuś intrygował się tym, że tatuś nie rozumie, że on się dopiero uczy. Chce być najlepszy, ale jest chyba za mały jeszcze, żeby dorównać na przykład Michałowi pięć lat starszemu, który już może grać w klubie piłkarskim, bo ukończył te co najmniej siedem lat.
     Pierwszy dzień w domu minął wspaniale. Żona miała "te dni", więc nic nie było. Wojtuś wieczorem dostał katar z gorączką i leżał w łóżku. Bartek kupił węgiel, ale ze względu na to, że był już w domu, musiał wrzucić cztery tony do piwnicy, co uczynił. Gdy wypił dwa piwa wieczorem, nasłuchał się, jakby stało przed nim stado pięknych wróżek dziewiczych w wieku co najmniej bezgrzesznym. Niestety, gdy chciał dotknąć, za każdym razem włączała się blokada w postaci: A co ty!  Ja dzisiaj nie mogę! Spadaj! Nie dotykaj mnie! Wypił więc kilka piw sam, przy telewizorze 50 calowym i w końcu usnął, by rano zbudzić się przy swej uroczej żonie po długim, w utęsknieniu wyczekiwanym czasie.... Wstał niestety dwie godziny przed nią.
     Z nudów poszedł na podwórze. Udał się do altanki. Ogarnął śmieci, po wczorajszym wieczornym posiedzeniu . Wrócił. Spojrzał w kierunku studni. Ładna była. Czarno czerwona. zrobiona na specjalne zamówienie, za dobrą kasę. Musiał na nią robić trzy tygodnie. Normalnie w kraju musiałby zapieprzać ze trzy miesiące i mieć odłożone na rachunki, haha! Podszedł bliżej. 
       Na studni coś leżało. Kolorowe jakieś. Dziwne.... Miało spodnie niebieskie w paski żółte, bluzkę zieloną.... Małe ciało... Wojtuś!!!. Nie ruszał się.  Obudź się synku! \
Nie ruszał się! Wstań ze studni! Jest jeszcze rano, jest zimno! Nie drgnął.... 
     Blade oczy, sine oczodoły, powieki, szary nos, sztywne ciało. Kolor odzieży nie był już ważny. Stała się zbędną szmatą, bo on nie ruszał się już. Wojtuś!!! Krzyczał teraz. Wojtuś! Rozpaczał. 
      Sztywne ciało pięcioletniego dziecka zabiło w nim teraz wszystko. Ona ma menopauzę, albo co najmniej ciotę. Syna nie ma. Dom pusty, drogi. Opłaty wielkie. Co teraz? Tylko pogrzeb? Kurwa! Kurwa!!!!
     Złapał się za głowę. Przypomniała mu się stara baba, która kilka lat temu zamieszkiwała w lesie. pomagali jej. Ona w dniu urodzin Wojtusia przepowiedziała im nieszczęście. Pamiętał to! Jej już nie ma. Wszyscy kurwa zapomnieli, a nieszczęście wróciło? Jak powiedziała- pięć lat. Nikt nie zrobił nic, by temu zapobiec. Wszyscy myśleli tylko, jak sobie polepszyć. Nikt nie wierzył, a tu kurwa TOPICH jakiś! Objawił się po pięciu latach od klątwy, jak nieszczęście ze stłuczonego lustra, jak pech z czarnego kota, albo śmierć ze snu o zębach... A przecież zamieszkali daleko od jezior i rzek, w cholerę daleko od morza i jego zatok. W suchej prawie pustyni... Rozpłakał się... Studnia trwała w ciszy...

...............................................................................................................



         Dziękuję za uwagę Kochani.  Ładnie zwiększyła mi się ilość czytających. Coraz milej robi się na blogu.
  

3 komentarze:

  1. Ciekawe zakończenie, długo nie widziałam połączenia z poprzednią częścią, bo brak babci, zaskoczyłeś mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedz mi, czy każde z opowiadań było przewidywalne do tej pory?

      Usuń