piątek, 17 lutego 2017

Opowieść o celniku i zmorze - seria mroczny piątek

Obietnicę czas spełnić. Minął magiczny dzień zakochanych, pogoda poprawia się ku wiośnie, więc najwyższy czas, aby rozpocząć nowy cykl na blogu.  Postaram się w miarę możliwości w każdy piątek raczyć Was, uwielbiających czytać, kolejnymi opowieściami z serii zasłyszane, wyczytane.

     Dawno temu, przed erą dyskotek, internetu, telewizji ludzie spotykali się częściej w swych mieszkaniach, w karczmach, przy stole bądź ogniskach, a nawet na trzepaku przed blokiem. Co wtedy robili? Przeważnie dużo ze sobą rozmawiali. Nie dzielili się wrzutami z facebooka, czy filmami z youtube. Snuli ciekawe opowieści i spędzali po prostu czas.

W dawnych, pogańskich czasach na terenie naszego kraju, ale i całej słowiańszczyzny wśród społeczności znajdował się jeden główny bajarz,  który potrafił tak prowadzić rozmowy, że stawało się bardzo ciekawie. Opowiadał stare legendy, historyjki z życia, zasłyszane plotki. Nie czytał gazet, nie oglądał wiadomości w TV, lecz przekazywał wieści z okolic na własny sposób, czym intrygował , zachęcał do dyskusji, tworzył małe środowiskowe „ fora” .
Oczywiście bajarze upiększali, przekłamywali często opowieści, bo przecież nie byli w stanie ich całkowicie w każdym szczególe spamiętać. Same historie przekazywane były z ust do ust, więc również ulegały zniekształceniu. To tworzyło niepowtarzalny klimat.
Wyobraźcie sobie teraz drodzy czytelnicy, że siedzicie ze mną w ciepłym pokoju, przy gorącym piecu kaflowym. Kto chce, to ogrzewa plecy o płaszczyznę pieca, inny siedzi w fotelu, kolejny na ziemi, a Ty czytelniku, jak tylko sobie chcesz, jak Ci wygodnie. Każdy z nas ma w dłoniach ciepły napój, jaki sobie tylko wymarzy, ogrzewający dłonie gorącym kubkiem, pachnący miło, najmilej na świecie. Zaczynam snuć swą opowieść…

Nie wiem, czy każdy pamięta starego celnika, który odsiedział wyrok w więzieniu; tego co to mieszkał w tej wsi pierwszej, w której płynie rzeczka. Jeśli tak, to wiecie o kim mówię. Tak, tak! Tego co to później się powiesił we własnej stodole! Mężczyzna ten był niegdyś bardzo przystojny, silny i wysoki. Przede wszystkim był odważny. Lubił sobie wypić i za kark nie przelewał. Wysłużył tyle lat dla państwa, że odwagę to w sobie wyhartował. Nie bał się niczego, ani nikogo. Groźny nie był, a rzekłbym dobrotliwy, jak na urzędnika państwowego. Pamiętam, jak kiedyś na wiejskiej imprezie nie zląkł się stanąć w obronie młodej dziewczyny. Stanął do bójki z pięcioma dryblasami, gwarantując jej spokój. Oberwał wtedy, ale stanął. Czasem też po północy odwiedzał po ciemku cmentarz. Spacerował tam samotnie i czasami dość długo. Nie wiem za czym.
Dzielny był, a jednak zmora go w nocy nawiedzała. Przyduszała go w łóżku kilka razy. Spotkałem go krótko przed samobójstwem. Opowiadał mi, że podczas odwiedzin mary czuł taki ciężar na klatce piersiowej, jakby ktoś mu kamień, albo worek piasku ciężki kładł. Nie mógł wtedy się ruszać. Niby ją widział. Mówił, że miała szarą długą i mglistą postać, czuł, że może być niebezpieczna, ale nie bał się jej. Chciał za wszelką cenę ją złapać.
Raz ktoś doradził mu, co ma zrobić, aby marę pochwycić. Napił się potem piwska w piątek dość sporo. Wrócił pijany do domu i ułożył się do snu. Opowiadał mi o tym, serio! Oto jego słowa:
„- Szumiało mi wtedy w bani, oj kręciło! Pamiętam jednak wszystko, nie tak, jak ostatnio, kiedy razem piliśmy. Teraz upijam się bardziej… Tak mocno uchlany ułożyłem się do łóżka na wznak, bo sił nie miałem, aby na bok się przekręcić. W głowie młynek, rozumiesz… Szybko usnąłem, pamiętając tylko o tym, aby palce w dłoni prawej skrzyżować, na tego nocucha, wiesz o czym mówię.
Nagle, jakby w chwilę po zaśnięciu poczułem, jak coś gilgocze, głaszcze lekko moją pierś. Miałem jeszcze palce skrzyżowane, jak mi doradzili starzy sąsiedzi, aby zakląć potworę. Udało się wtedy! Chwyciłem coś w dłoń. Było małe, futrzaste i tylko zapiszczało, jak zgniotłem. Okazało się, że to mysz była. Taka mała, szara z ogonem, jak wszystkie. Łeb jej ukręciłem, bo się zdenerwowałem, że mnie obudziła; szkodnik! Wyrzuciłem padlinę pod łóżko. Jeszcze pijany byłem. Normalnie, to wyniósłbym ją na podwórko dla kotów, albo chociaż do śmieci. Chciało mi się tylko spać. Od razu usnąłem.”

Popijcie teraz z kubków Waszych za zdrowie kochani! Ciepło przy piecu, wieczór ciemny, drzewa tylko szumią łagodnie za oknem. My tym akcentem zakończymy opowieść, bo każdy do swego łóżka się spieszy. Najważniejsze, że zmora nigdy już więcej nie odwiedziła celnika. Nie dusił się nigdy w nocy, czasem miał tylko wyrzuty sumienia po tym zdarzeniu. Żal wielki i smutek go ogarniał, jak sobie przypominał, że gdy rano się obudził schorowany przepiciem, to na podłodze zamiast myszy znalazł piękną kobietę, o cudnych kształtach, w uroczej sukni, której oderwana głowa leżała ciśnięta obok, pod stołem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz