piątek, 24 lutego 2017

O braku udziału osób trzecich - seria mroczny piątek

     Mamy piątek! Witam kochani przy moim piecu kaflowym. Ogrzejcie się przy kolejnej tajemniczej opowieści, popijcie ze swych kufli, kielichów, kubków. Może i Wam wpadnie do głowy jakiś pomysł na piątkową historię, walcie śmiało! Ja znów zaczynam snuć swą opowieść…

 
       Piękna Malwinka miała zaledwie 21 lat. Była uroczą, zawsze dobrze ubraną dziewczyną, która dbała o własny wygląd, jak mało kto na osiedlu. Odwiedzała regularnie kosmetyczkę, fryzjerkę, czasem nawet zachodziła w wiadomych celach do salonu piękności. Robiła wszystko, by wyglądać tak uroczo, jak wyglądała. Z całą pewnością by się Wam podobała, pszczółeczki! Zawsze pachniała młodością, pięknem... Te jej włosy, oczy, cudne nogi, doskonałe kształty. Prze ładne!
      W zeszłym miesiącu kupiła sobie nową sukienkę. Wyglądała w niej niesamowicie w połączeniu z butami na wysokim obcasie. Ciało wyrażało sobą w tym stroju czystą, seksualną urodę. 
     Sobotnią noc, z tego co wiem, spędziła w dyskotece. Koleżanka, z którą tam była, widziała ją jeszcze o godzinie 1.30 w lokalu. Potem gdzieś znikła . Podobno bawiła się z młodym mężczyzną o czarnych włosach w czapce czerwonej założonej na czubek głowy. Nie pasował on podobno do niej, bo nie dość, że był zbyt niski, to jeszcze miał nienaturalnie długie nogi.
     Malwinka nie zgubiła się, jakby mogło się wydawać. Około godziny siódmej rano facet, który szedł z kościoła aleją nadrzeczną zauważył jej porzucone "byle jak" na chodniku buty, dalej w krzakach, bliżej rzeki dojrzał suknię, torebkę, a obok na ziemi kurtkę. Na brzegu, lekko zmoczona leżała kompletna bielizna damska. 
     Pan Zygmunt, bo tak się nazywał szczęśliwy znalazca, był osobą dość wścibską. Nie bał się wtryniać nosa w cudze sprawy. Jako, że pogoda była niezbyt ładna, jak to bywa ostatnio, zaintrygowało go trochę to, co zastał. Zszedł z alejki w stronę rzeki. Nie było na miękkiej ziemi żadnych śladów, prócz odcisków bucików damskich. Błoto było obok gładkie. 
     Wlazł w te krzaki, doszedł na sam brzeg rzeki, a w wodzie ujrzał nagą, piękną dziewczynę, której rozpuszczone długie włosy falowały na wodzie. Jako, że zdrowy to był mężczyzna, to przeraził się widokiem, jaki zastał. Dziewczyna miała bladą zimną skórę, usta i oczy szeroko otwarte, pełne wody. 
     Od znajomego prokuratora dowiedziałem się później, że świadek jakiś spotkał nieszczęsną Malwinkę w alejce na chodniku w nocy z soboty na niedzielę. Tańczyła tam z chłopakiem niższym od siebie, potem gdzieś znikli. Dziwnym wydało mu się tylko, że w miejscu, w którym pląsali pozostała na chodniku kałuża wody, która potem chyba wyschła, wyparowała i znikła do rana; jak rzeczywisty sprawca zgładzenia dziewczyny, topielec.


     Na tym kończy się opowieść o braku udziału osób trzecich. Piątek kończy się pomału, pijcie więc do dna. Każdy niech wyobrazi sobie teraz wiosenną radość, która przyjdzie, kiedy słońce wyżej zapłonie bez chmur na niebie, by wrócić tu do mnie po kolejną piątkową opowieść o demonach polskich, które bywały niesamowicie  nieprzewidywalne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz